W przypadku najmłodszych “zadanie domowe” jest dziś pojęciem trochę umownym. W polskich klasach I-III nauczyciele nie mogą zadawać pisemnych ani praktyczno-technicznych prac do wykonania w domu, poza ćwiczeniami usprawniającymi tzw. motorykę małą. Nadal mogą jednak prosić o czytanie, naukę słówek, wiersza czy przygotowanie się do zajęć. W starszych klasach pisemne zadania mogą się pojawiać, choć są nieobowiązkowe i nieoceniane. Za to problem “na ile pomagać” wcale nie zniknął. 

WIDEO

player placeholder

Nie zaczynaj od pomocy

Pierwszy odruch jest prosty: “Pokaż, pomogę ci”. Tyle że dziecko może wcale pomocy nie potrzebować. Jeśli dorosły od początku siedzi nad zeszytem, czyta polecenie, wskazuje stronę i kontroluje kolejne ruchy ołówka, zadanie może być bardziej stresująca niż takie, które wymaga od dziecka wysiłku i nastręcza pewnych trudności. 

Badania nad zaangażowaniem rodziców w prace domowe od lat pokazują podobny wzór. Ważne jest nie tyle to, czy rodzic pomaga, ile jak to robi. Meta-analiza 28 badań, obejmujących łącznie ponad 378 tys. uczniów, wykazała niewielki ujemny związek między ogólnym zaangażowaniem rodziców w zadania a wynikami dzieci. Wyjątkiem było wspieranie autonomii – ten rodzaj pomocy wiązał się z lepszymi rezultatami.

Zobacz także:

Czyli: reagować, kiedy dziecko rzeczywiście utknęło, naprowadzać zamiast przejmować zadanie i zostawiać mu tyle decyzji, ile jest w stanie podjąć samo.

Pierwszym pytaniem może więc być nie “co masz zadane?”, ale “wiesz, co masz zrobić i jak to zrobić?”. Jeśli wie – to dobrze, można odejść. To również jest pomoc.

Podpowiedź powinna kończyć się przed odpowiedzią

“Pomyśl jeszcze” potrafi doprowadzić dziecko do szału, zwłaszcza kiedy rodzic siedzący obok doskonale zna rozwiązanie. Z drugiej strony podanie go po dziesięciu sekundach uczy głównie jednego: jeśli chwilę poczekać, dorosły zrobi coś za nas (tyczy się to i innych materii). 

W psychologii edukacji funkcjonuje pojęcie “scaffoldingu”, co można przetłumaczyć jako budowanie rusztowania. Dorosły daje dziecku tyle wsparcia, ile w danym momencie potrzebuje, a później stopniowo je wycofuje. Może przeczytać z nim polecenie, podzielić problem na części, zapytać: “Co już wiesz?” albo “Od czego możesz zacząć?”. Nie musi kończyć działania.

Jeśli dziecko nie wie, ile jest 7 + 5, można wyjąć klocki albo zapytać, jak można rozłożyć pięć. Nie trzeba mówić “dwanaście” i patrzeć, jak dziecko wpisuje. Badania nad takim wspierającym autonomię sposobem pomocy, pokazują, że przekłada się na większą motywację do odrabiania zadań, wspierają też wytrwałość oraz kompetencję. 

Pozwól oddać coś niedoskonałego

Tu zaczyna się trudniejsza część, bo czasem większy problem z dziecięcym błędem ma rodzic niż samo dziecko. Krzywa litera, źle pokolorowana mapa, błąd. 

Tymczasem zeszyt nie jest portfolio rodziny. Nauczyciel powinien zobaczyć pracę ucznia także po to, żeby wiedzieć, czego ten uczeń jeszcze nie umie. Idealnie wykonane zadanie, w którym połowę błędów poprawił dorosły, z punktu widzenia nauki dostarcza dość ograniczonych informacji. 

To nie oznacza, że błędów nigdy nie wolno wskazywać. Można powiedzieć: “Sprawdź jeszcze raz to działanie” albo “W tym zdaniu chyba jest coś do poprawienia”. Różnica polega na tym, kto wykonuje ostatni ruch.

Dziecko musi również dostać szansę, żeby samo zauważyć, że coś zrobiło źle. Ostatecznie na klasówce rodzica z gumką obok nie będzie.

Nie rób z zadania testu charakteru

Zadanie matematyczne potrafi bardzo szybko zmienić się w ocenę całego dziecka. “Przecież to łatwe”, “skup się wreszcie”, “gdybyś uważał na lekcji, to byś wiedział”. 

To szczególnie kuszące, kiedy dorosłemu coś wydaje się banalne. Tyle że to, co łatwe dla osoby po trzydziestce nie musi być łatwe dla ośmiolatka, który jednocześnie czyta polecenie, przypomina sobie regułę i próbuje poprawnie zapisać odpowiedź.

Frustracja nie zawsze oznacza lenistwo. Czasem oznacza po prostu, że dziecko nie wie, co zrobić dalej. Badania rozróżniają tutaj wsparcie autonomii od kontroli. Ta druga może przyjmować całkiem zwyczajne formy: nacisk, wzbudzanie poczucia winy, ciągłe poprawianie czy komunikowanie rozczarowania.

Nie chwal tylko efektu

Rodzic może też przejąć zadanie bez dotykania ołówka. Wystarczy, że od początku wysyła komunikat: interesuje mnie tylko komplet poprawnych odpowiedzi, estetyczna strona i pochwała od nauczyciela.

Dziecko szybko orientuje się wtedy, co naprawdę jest stawką. Nie “czy umiem?”, tylko “czy zrobiłem wszystko dobrze i mama będzie zadowolona?”.

Badania nad chwaleniem dzieci nie sprowadzają się do hasła “chwal wysiłek, nie inteligencję”. W części badań pochwały odnoszące się do strategii i sposobu działania, wiązały się z większą gotowością do podejmowania kolejnych prób niż komunikaty typu “jesteś taki mądry”.

Przy zadaniu można więc zapytać: “Co zrobiłaś, kiedy nie wiedziałaś?” albo “Które było najtrudniejsze?”. Rodzic nadal interesuje się szkołą, ale nie przeprowadza rodzinnego audytu jakości.

Pierwsze zadanie domowe nie musi więc być idealne. Może mieć krzywą literę, poprawkę i źle policzony przykład, którego rodzic nie zdążył dyskretnie naprawić. To nawet użyteczne. Do szkoły chodzi przecież dziecko – i dobrze, żeby od początku było to widać.


Czytaj także: