Dla nich "buda" to coś, z czym trzeba skończyć jak najszybciej...

WIDEO

player placeholder

Dobra szkoła to taka, którą później, w dorosłym życiu, dobrze się wspomina i ocenia – mówi Andrzej Wyrozembski, dyrektor gimnazjum przy ulicy Twardej, jednej z najbardziej znanych warszawskich szkół.
"Dobre wspomnienia" to ogólny termin, ale kryteria są całkiem jasne:
- czas spędzony w szkole pamięta się jako niestracony kawałek dzieciństwa,
- to okres, w którym nauczyliśmy się życia w grupie, nawiązaliśmy przyjaźnie, które często trwają przez całe życie,
- równie ważne jest poczucie rozwoju intelektualnego – nabranie umiejętności i nawyków, które procentują w dorosłym życiu lub mogą być podstawą do nabywania kolejnych.
– Tyle że to przychodzi z czasem. Specjalnie podkreślam to "później", bo "naście" lat, to wiek, w którym żyje się chwilą – tłumaczy dyrektor Wyrozembski.

Do dobrych wspomnień o szkole trzeba więc zwyczajnie dorosnąć. W wieku lat "nastu" trudno zdobyć się na obiektywną ocenę rzeczywistości. To wiek, w którym ma się tendencje do huśtawki nastrojów i czarno-białego widzenia świata.
– Nastolatki żyją szybciej, niż myślą. Ale trudno mieć o to pretensje, to taki wiek – dodaje dyrektor Wyrozembski.
Właśnie ten "trudny" okres sprawia, że w kontaktach na linii: szkoła – uczeń – rodzice tak ważna jest konsekwencja. Młodzi ludzie są szczególnie wyczuleni na naginanie reguł, ale też znakomicie potrafią wyczuwać granice, których nie wolno im przekraczać. O to, by takie granice wyznaczyć, powinni dbać i nauczyciele, i rodzice. I nie chodzi o wspólny front przeciwko dziecku, a raczej o umiejętność (i chęć) wymiany poglądów bez względu na skalę ewentualnego konfliktu. To ważniejsze niż piątki na świadectwie, o czym świadczy fakt, że coraz większą uwagę zwraca się na tzw. wartość dodaną według racji. W przełożeniu na potoczny język oznacza to, że dobra jest nie tylko ta szkoła, której uczniowie mają dobre wyniki, ale przede wszystkim ta, której uczniowie swoje wyniki poprawiają.

Zobacz także:

Dobra szkoła to też taka, o której uczniowie (między narzekaniami) mówią, że jest "fajna", większych zastrzeżeń nie mają rodzice i w której nawet sprzeczać się można, zachowując wzajemny szacunek.
– Ideałów nie ma. Ani wśród ludzi, ani wśród szkół – mówi Andrzej Wyrozembski. – Bywają źli uczniowie, którym się nic nie chce, i bywają tacy nauczyciele. Ludzie nadają na rozmaitych częstotliwościach i zdarza się, że nauczyciel lubiany przez jednych uczniów jest źle oceniany przez innych. To po prostu kwestia temperamentu. Nauczyciel o awangardowych metodach nie zyska uznania ucznia uporządkowanego, który lubi mieć wszystko poukładane, podkreślone i wypisane na tablicy.

Wygląda więc na to, że dobra szkoła jest sztuką kompromisu między trzema potęgami: uczniami, nauczycielami i rodzicami. A że ten kompromis nie zawsze jest dla uczniów widoczny? Cóż, w obecnym systemie nauka w gimnazjum lub liceum trwa tylko trzy lata. W tym czasie trudno jest dostrzec zmiany, choć i dyrektorom, i nauczycielom zależy, by ich praca była oceniana pozytywnie. Właśnie w tym celu w większości szkół istnieją systemy oceniania także nauczycieli.

W gimnazjum na Twardej tradycją jest coroczna ocena nauczycieli przez uczniów. Ankiety są anonimowe, a oceny przyznawane w skali od 1 do 6. Ten pomysł pewnie sprawdziłby się także w innych szkołach. Uczniowie oceniają swoich nauczycieli w kategoriach:
- czy nauczyciel jest życzliwy,
- czy tłumaczy zrozumiale,
- czy intensywnie wykorzystuje czas na lekcji,
- czy pomaga doskonalić umiejętności wypowiedzi pisemnej i ustnej,
- czy ocenia sprawiedliwie i zgodnie z przyjętymi wcześniej kryteriami.
– Taka ankieta nie mówi wszystkiego – tłumaczy dyrektor. – Jeśli wszystkie oceny są wysokie, to może być tylko objaw sympatii. Dlatego oceniając nauczycieli, biorę pod uwagę także "twarde" wyniki nauczania i zdanie rodziców. Jeśli kuleje sympatia, a wyniki są niezłe (lub odwrotnie), pracujemy z nauczycielem. Od tego są psychologowie i metodycy. Jeśli jednak zdarza się, że i wyniki są marne, i z sympatią nie najlepiej, to może być sygnał, że z takim nauczycielem należy się rozstać. Bo to szkoła jest dla uczniów, a nie odwrotnie.

Artykuł pochodzi z tygodnika Przyjaciółka