Przyznać trzeba, że z przewijaniem to w miarę dobrze mi idzie. Co prawda przy pieluchach tetrowych jeszcze zbytniej wprawy nie mam, ale przy zwykłych pampersowych to idzie mi całkiem nieźle. Zdjąć, umyć, założyć, gotowe...

WIDEO

player placeholder

Mały zadowolony a i ja długo się z tym nie męczę. A skoro mi to tak sprawnie idzie, jakoś tak samo z siebie wyszło, że żona wkręciła mnie w nocne wstawanie do dziecka i przewijanie go. A ona karmi. Taki powiedzmy podział obowiązków. Tyle że z nas dwojga to tylko ja wstaję o szóstej rano i zasuwam do pracy. Rozpoczynające się uroki codziennego życia w rodzinie, czyż nie?

wedwoje16922-5d4a5ed

Ale – jak mawiał Kłapouchy – co komu do tego, skoro i tak mniejsza o to? Z przewijaniem zaś różnie bywa. Owszem, Mały narobi więcej lub mniej, wiadomo, jego prawo. Tylko dlaczego jednym z jego stałych „dowcipów” jest puszczenie kolejnej torpedy zaraz po założeniu mu nowej pieluchy? Ledwo się go przewinie, czasami z takiego ładunku, że się ledwo mieści i niemal na plecy spływa, zapnie tę nowiutką pieluchę a tu słychać „ffffuuuuuut” - i już wiadomo, że znowu coś tam wylądowało. I rozbieraj, człowieku, na nowo (bo oczywiście jak już wszystkie zatrzaski pozapinane, to on dopiero daje popis), rozpinaj pieluchę, sprawdzaj, co poszło i jeśli jest, to wyciągaj nową pieluchę. I cyrk od nowa: rozepnij, umyj, załóż, ubierz... Rekord – jak dotąd – wynosi cztery zmiany pieluszki jedna po drugiej w ciągu dziesięciu minut. I standardem już jest, że przy takiej kolejnej zmianie wyrywa mi się na głos: „Czekaj, czekaj, za pięćdziesiąt lat to ty mi pieluchę będziesz zmieniał i wtedy się odwdzięczę!”

Zobacz także:

Ale i bez pieluchy na tyłku Daniel potrafi numer wykręcić. Szykujemy go do kąpieli. Rozebrany, pielucha ściągnięta, on podczyszczony, woda nalana. Wszystko gotowe. Biorę golasa na ręce, chcę przenieść do wanienki, a on akurat ten moment wybrał sobie na dodatkowe „znakowanie terenu”. I poleciało mu – tak z przodu, jak i z tyłu. Na moje spodnie, na podłogę i częściowo na koszulkę żony, która pochylona nad wanienką sprawdzała temperaturę wody. I tak łazienka została naznaczona jako własność terytorialna Młodego. My przy okazji również... Lecz to i tak wszystko mały pikuś, przy scenie, która stanowi Grande Finale dzisiejszej opowieści o tematach okołopieluszkowych...

Przewijam go sobie któregoś poranka, po dość dobrze przespanej nocy, bodajże od drugiej spał spokojnie, praktycznie do samej szóstej. Ale z nami, bo jakoś tak wyszło, że oboje przysnęliśmy z małym pośrodku. Spokojny był, to i my się nie obudziliśmy w międzyczasie. Dopiero właśnie rano, jak musiałem do pracy wstawać.

Stoję więc nad przewijakiem, sprawdzam mu pieluchę i mocno zdziwiony jestem, jako że w środku niewielka tylko plamka, a to, jak na całą noc snu z dwoma posiłkami, stanowi mizerny efekt. Zbieram więc pieluchę, czyszczę go wilgotną chusteczkę, jak zwykle trzymając mu nóżki w górze. I jeszcze zachciało mi się na głos wyrazić zdziwienie, że po całej nocy to naprawdę mało...

W tym momencie krótkie sprężenie się Małego i nagle „srrrruuuuuuuuuut” - z zadartej do góry wraz z nóżkami pupci wyskakuje pod ciśnieniem wielki pomarańczowy rozbryzg. Z siłą torpedy rażącej wszystko dookoła w promieniu metra. Wszędzie to wylądowało. Na szafce, na przewijaku, na podłodze, na łóżeczku, na ławie. I rzecz jasna największa część ładunku – bezpośrednio na mnie. Stoję więc lekko oszołomiony i tylko z ust wydziera mi się przeciągłe „cholerrrrrrra!”

Przewijałem go bowiem będąc jedynie w bokserkach...
...a żona przez pół dnia nie mogła opanować śmiechu...

Rafał Wieliczko