Karolina, Beata i Joanna miały świetne stanowiska. Były cenione, a szefowie czekali na ich powrót po urlopach wychowawczych. Jednak one odkryły, że macierzyństwo daje im o wiele więcej radości.
– Jak urodziłam Ulę, poczułam niesamowitą moc – mówi Karolina. – Energię, jakiej nigdy nie miałam. Moja dotychczasowa praca wydała mi się jałowa. Czułam, że teraz osiągnę wszystko.

Zdecydowały, że bardziej niż na karierze w korporacji zależy im na życiu rodzinnym i… pracy, która pozwoli być mamą w pełnym wymiarze. Nie była to łatwa decyzja. Wszystko zmieniło się dopiero przy drugim dziecku.

WIDEO

player placeholder

Ogień z wodą
Po urodzeniu pierwszego synka Beata wzięła urlop wychowawczy. Nie chciała zostawiać Artura na całe dnie. Jednak przyzwyczaiła się do szybkiego tempa życia i frustrowało ją zajmowanie się wyłącznie domem. Dlatego gdy syn poszedł do przedszkola, wróciła do firmy. – Pracowałam w marketingu. To zajęcie, które wiąże się z wyjazdami, wymaga zaangażowania, także czasowego – przyznaje. – Ale lubiłam to.
Szybko okazało się, że choć Artur trafił do wspaniałego przedszkola, to Beata wcale nie jest zadowolona. Na nic nie miała czasu. Będąc z synem, myślała o tym, co ma do zrobienia w firmie. W pracy martwiła się, jak Artur sobie radzi i kto – ona czy mąż – go odbierze. Wyraźnie było widać, że nie obejdzie się bez niani. A nie chciała, by jej dziecko było wychowywane przez obcą osobę. – Na szczęście los sam podjął za mnie decyzję – śmieje się. – Po kilku miesiącach byłam w drugiej ciąży. I zaczęłam myśleć, jak będę zarabiała – wspomina. Wymyśliła sklep z odzieżą ciążową. Choć brała też pod uwagę założenie szkoły rodzenia lub przedszkola.

Żona przy mężu?
Joanna po urodzeniu Mikołaja pracowała nadal. – Jestem anglistką i metodykiem – mówi. – Miałam mnóstwo zleceń. Prowadziłam lekcje w firmach, zwykle rano, układałam programy w szkołach językowych. Robiłam też tłumaczenia w domu – uśmiecha się. Ale i ona czuła się zmęczona. Łączyła przecież pracę o napiętych terminach z wychowywaniem Mikołaja, który nie rozumiał, dlaczego mama musi usiąść do komputera
i przez kilka godzin pracować w skupieniu.
Gdy na świat przyszedł Tomek, jeszcze trudniej jej było pogodzić pracę i opiekę nad synami. – Skończył się boom na poranne lekcje w firmach, a nie chciałam uczyć popołudniami – wspomina. – Byłam skłonna ograniczyć się do tłumaczeń, bo nie wyobrażałam sobie, by nie pracować.
Ale los bywa przewrotny. Mąż Joanny podpisał kontrakt na pracę za granicą. Do Czech wyjechali całą rodziną i Joanna na ponad rok została „żoną przy mężu“. Właśnie w Pradze wymyśliła, co będzie robić, gdy wrócą. – Zachwyciłam się sklepami dla dzieci, książeczkami i zabawkami w dobrym guście, głównie wszechobecnym Krecikiem – opowiada. Nim skończył się kontrakt męża, ona już krążyła między stolicami, badając rynek. Z nauczyciela, tłumacza i metodyka stała się właścicielką księgarni.

300% normy
Na krótko przed zajściem w ciążę Karolina zrezygnowała z pracy w dziale finansowym dużej firmy. Ekonomistka po prestiżowej SGH, z doświadczeniem, miała przed sobą duże perspektywy. – Jak sobie wyobraziłam, że szczyt mojej kariery przypadnie około 40. roku życia, a potem już do emerytury będę robiła to samo, byłam przerażona – robi zabawną minę. Zdecydowała, że poszuka innej pracy. Wtedy zaszła w ciążę. Żaden pracodawca jej nie zatrudnił, choć dochodziła do ostatnich etapów rekrutacji.
Jakiś czas po urodzeniu Uli zaczęła pracować w firmie konsultingowej. Robiła to, co ją interesowało. Tak bardzo, że często zabierała pracę do domu. – Po kilku miesiącach miałam dość – przyznaje. – Gdy Ula widziała, że wchodzę z laptopem, wyrywała mi go z rąk! Karolina zdecydowała więc, że laptopa będzie używać tylko w firmie. I… zostawała w biurze do późna. Była coraz bardziej sfrustrowana. Musiała coś wymyślić.
Pomysł warsztatów dla młodych mam, mających problemy z godzeniem pracy i dzieci, podsunęła Karolinie mama, psychoterapeutka. – Mama powiedziała, że nie tylko ja się miotam, chcąc być super: matką, żoną, pracownicą – i robić wszystko na 100 procent. Jak się te procenty doda, to wychodzi nieprawdopodobna liczba – nikt tego nie wykona!

To dzieci dają siłę
Wszystkie przyznają, że to dzieci i chęć bycia z nimi są powodem, dla którego z determinacją rozwijają swoje firmy.
– Gdyby nie Lolek, pewnie starałabym się pogodzić etat z wychowywaniem Artura – zwierza się Beata. – Teraz mam więcej czasu dla moich synów. A to najważniejsze. I to, że nie sprzedaję tylko ubrań, ale też pewien styl bycia mamą – opowiada. W sklepie nie ma tradycyjnych ogrodniczek, są modne ciążowe stroje.
Joanna uśmiecha się, bo wie, że jej synowie uwielbiają księgarnię, która przypomina ogromy pokój dziecięcy. Kolorowy, z miejscem do zabawy i małymi mebelkami. Są tu książeczki najlepszych autorów i ilustratorów, zabawki i przybory do rysowania rozwijają kreatywność. – Chcę, by synowie widzieli, że robię coś potrzebnego – przyznaje Joanna.
Karolina tryska pomysłami. Obok warsztatów dla mam z dziećmi, organizuje wyjazdy, również dla tatusiów z maluchami. Uważa, że przyda im się trening rodzicielstwa. Stąd już tylko krok do myśli, by firmy umożliwiały pracownikom zabieranie pociech na wyjazdy integracyjne!

Zobacz także:

Drugie połówki
Nic jednak nie udałoby się bez… wsparcia mężów. Nie odważyłyby się rzucić etatów. Stała pensja ich partnerów daje poczucie bezpieczeństwa, ale i motywuje, by w firmę wkładały maksimum energii. Stąd pomysł, by „SuperMAMA” i „Książeczka” zaistniały też jako sklepy internetowe.
Macierzyństwo nie musi być końcem kariery, ale właśnie jej nowym początkiem. Bycie mamą zmienia – i nic nie jest już takie samo. Nawet praca.

Tekst Ewa Sawicka